Emocje

All I want for Christmas is…

24 grudnia 2014

Wiem, wiem,do świąt wciąż daleko, śniegu nie widać i pewnie nie czujecie magii tych świąt. Odkąd mieszkam w Warszawie ciągle mam takie wrażenie, że wizja kobiety singielki, szczęśliwej i zdecydowanej na życie w pojedynkę, jest nieprawdziwa.

W moim życiu było tak, że zawsze kogoś miałam, z kimś byłam. Z jednego związku pakowałam się od razu w kolejny, niekoniecznie rozsądnie zakochiwałam się raz po raz w innym chłopcu, mężczyźnie. Wzdychałam, myślałam, marzyłam. W pewnym momencie związałam się na długi, długi czas.

Razem ubieraliśmy choinkę, kupowaliśmy prezenty dla rodziny czy planowaliśmy świąteczne odwiedziny znajomych i przyjaciół. Wszystko robiliśmy we dwoje. Przed świąteczny czas był dla mnie zawsze ważny, uwielbiałam odliczać dni do świąt, do ubierania choinki i słuchania ulubionej płyty CD. Gdy jest się w związku takie rzeczy cieszą jeszcze bardziej, o prezencie dla naszej ukochanej osoby myślimy od kilku tygodni, dopracowujemy, aby wszystko było idealne. Staramy się żyć w zgodzie z teściową czy kuzynostwem. Mamy do obdarowania dwa razy więcej ludzi, do odwiedzenia co najmniej dwie rodziny. Jest rodzinnie, wszystko jest poukładane, życie toczy się spokojnym tempem.

W momencie rozpadu związku sytuacja wygląda trochę inaczej. Mimo iż absolutnie czekam na święta i nic, absolutnie nic, nie jest mi w stanie zabrać radości związanej ze zbliżającą się gwiazdką, to jest inaczej.
Sama stroiłam choinkę, oczywiście, zrobiłam wszystko na odwrót. Najpierw łańcuch, potem bombki, a na końcu lampki- a chyba powinno się w innej kolejności, mam rację? Moje prezenty zapewne nie będą tak pięknie zapakowane, jak w poprzednich latach. Pierniczki i ciastka piekłam z połowy porcji, a świąteczne porządki w mojej małej kawalerce odłożyłam na później. Zakupy świąteczne rozłożyłam na kilka dni, aby nie dźwigać nie wiadomo ilu toreb do domu, w zamrażarce nie mam porcji pierogów, bo i tak święta spędzę u Mamy. Kupiłam bilet na pociąg, bo ani prawa jazdy ani samochodu nie posiadam.

I nikt mi nie wmówi, że nie przydałaby się druga osoba. Do takich prostych, codziennych rzeczy. Do pomocy, do wsparcia, do zadbania o to co, jak i kiedy, i gdzie. Za każdym razem, gdy rozmawiam z koleżankami, znajomymi, którzy żyli w długim związku, a teraz z przyczyn jakichś tam są „wolni” (mój zakończył się po ponad 5 latach) to wspólnie, przed sobą przyznajemy: dobrze, jak ktoś jest.

Oczywiście, w towarzystwie nie wypada powiedzieć „ej, od pół roku nie mam faceta, źle mi z tym”, o wiele wygodniej jest napomknąć „jestem kobietą wyzwoloną, pracującą, spełniającą się, ja to nie mam czasu na związek”.

Eee tam. Jakby się chciało, czasy by się znalazł.

Dlatego myślę sobie, że w tym roku piosenka śpiewana przez Mariah nabiera większego sensu. Bo o ile naprawdę nie potrzebuję dużo, to jednak do drugiej osoby tęskno.

Przeczytaj również

Brak komentarzy

Zostaw komentarz