FIlm, Kultura, Lifestyle

Krótka historia o tym, jak byłam Walterem Mitty.

7 kwietnia 2015

Nie wiem czy widzieliście film „Secret life of Walter Mitty”. Gdy obejrzałam go po raz pierwszy siedziałam w osłupieniu przez jakąś chwilę myśląc nad tym, że kurczę #storyofmylife.

Byłam takim Walterem. Nigdy nie czułam się dość atrakcyjna, dość ciekawa i interesująca dla drugiego człowieka. Każdą propozycję spędzenia czasu z drugą osobą odbierałam, jakby był to cud, wyróżnienie. Zawsze w cieniu innych, nie mogąc uwierzyć, że ktoś zwraca na mnie uwagę.

Powiedziałam kiedyś „Przecież ty jesteś dużo starszy, dużo mądrzejszy, dużo więcej wart”.

Te słowa siedziały w mojej głowie dobrych kilka lat.

Skierowałam je do faceta, który absolutnie mnie zaczarował, miałam wtedy 16 lat. Każda próba nawiązania relacji z mężczyzną, który jest poukładany życiowo, ma swój gotowy scenariusz, wie czego chce i zachowuje się dokładnie tak, żeby to osiągnąć sprawiało, że ja czułam się gorsza. Pomijając kwestię pracy czy finansów, nawet pomijając kwestię wyglądu. Czułam się zbyt mało atrakcyjna, miałam wrażenie, że idąc obok mężczyzny, który wie po co żyje, ja wyglądam jak jakiś podlotek. Brzydkie kaczątko. Wreszcie kopciuszek. Na chwilę między jednym komplementem, a drugim, zaczynałam wierzyć, że „hej, przecież wcale nie odstaję – mam dużo do zaoferowania i nie muszę czuć się źle.” Potem jednak sytuacja wracała do normy.

Z różnych powodów relacje te ulegały oziębieniu lub całkowicie się urywały, ja wracałam do roli idącej obok dziewczyny, a każdy „on” swoim szarmanckim uśmiechem powalał na kolana mijające nas kobiety.

Ostatnie kilka miesięcy coś jednak zmieniło.

Do pracy ubieram sukienkę czy spódniczkę, maluję usta na czerwono, rzęsy podkręcam tuszem. Idę pewnym krokiem i uśmiecham się do wszystkich, których mijam. Zrozumiałam, że tu nie chodzi o to, że czułam się nie dość dobra dla kogoś. Czułam się nie dość dobra dla siebie. Nie akceptowałam zbyt wielu rzeczy, zachowań i myśli.

W moim życiu nastąpił taki moment, że zaczęłam siebie postrzegać inaczej. Zupełnie inaczej. Nie mam wrażenia, że odstaję. Przeciwnie, mam poczucie, że świetnie odnajdę się w każdym towarzystwie. Mogę iść do teatru czy opery, żeby później wypić w bramie wino (albo w kinie:P). Mogę wszystko…

Grunt to polubić swoje towarzystwo, polubić siebie i umieć spędzać czas samemu, gdy nie definiują nas inni ludzie.

Zmieniłam podejście i czuję się dobra. Wystarczająco. Dla siebie i dla innych. Nie chowam głowy w piasek, nie chowam się po kątach.

Czuję się właśnie tak, jak Natalia Przybysz „nazywam się niebo, mam wszystko, co trzeba, to ja jestem Księżyc i Słońce…”.


 

Tak, tak, zdjęcie przedstawia mnie, autorką jest Magda Wyczk, którą gorąco polecam.

Przeczytaj również

Brak komentarzy

Zostaw komentarz