Zdrowa dieta

Robię ciągle za mało czyli o fit trendzie

12 lipca 2018

Fit trend, który znamy chyba wszyscy. Trend, który miał przynieść same dobre rzeczy, a wraz z nimi przyprowadził też wyrzuty sumienia i kompleksy. Bo w dobie wszystkiego fit i light ciężko jest nie czuć się gorzej. Z perspektywy kogoś, kto od praktycznie trzech lat walczy ze swoimi złymi nawykami żywieniowymi i stara się z całych sił ten fit trend jest męczący.

Siedzę czasami w domu i mówię do Michała „ej, ja wcale nie jestem fit” pokazując mu zdjęcia na Instagramie czy innych social media osoby, które dzień w dzień trzymają się michy, wyliczonych kalorii, trenują co najmniej 1 raz dziennie. Moim zdaniem jest to podejście za bardzo 0:1. Przynajmniej to kreowane w sieci. Bo albo jesteś fit albo nie. Albo ćwiczysz i trzymasz dietę albo masz cheat life.

Miałam takie etapy w swojej przygodzie z treningami i dietą, że ciężko było mi wysiedzieć w przeziębieniu bez treningu, albo ze świeżym tatuażem chciałam biec na trening. Ciężko jest się w tym wszystkim opamiętać, kiedy dookoła jesteśmy bombardowani hasłami i osobami, które z bycia fit uczynili niezdrową obsesję. Bo jak to inaczej nazwać? Obsesja na punkcie jedzenia, treningów, wyglądu pupy w leginsach. Przecież to jest codzienność kreowana i w tv i w social media. Do tego wszystkie te osoby dają do zrozumienia, że jeśli w ankiecie na InstaStory na pytanie „zrobiłeś dziś trening czy leniuchujesz?” odpowiesz szczerze, że po prostu leżysz na kanapie i nie chce ci się ruszyć, jest to powód do smutku i niezadowolenia z siebie. A ile tak można? Ja wiem, że sama czasami popadałam w takie myślenie, że jeśli nie zrobię treningu to jestem słaba, jeśli nie zmęczyłam się na nim zbyt mocno, to trening był zły. Jeśli centymetry i waga się nie rusza to zdecydowanie robię to źle. W głowie tylko cyferki, obwody, kalorie i wewnętrzna nienawiść do siebie i tych, którzy robią wszystko: lepiej, więcej.

Bycie fit dla mnie łączyło się zawsze z odrobinę zdrowszym podejściem – takim, w którym zjesz pizzę czy burgera, czekoladki i ciasto z kremem, ale raz na jakiś czas. Jak masz ochotę, jak masz doła, okres, albo kiedy nie chce ci się gotować sięgniesz po drożdżówkę. Pójdziesz na wódkę czy wino, zjesz makaron z dużą ilością parmezanu, i będziesz mieć miejsce na deser. Szok! Niech inni liczą te makro jak chcą dzień w dzień, ale nie wszyscy musimy tak robić. Każdy z nas ma inny cel, inny organizm, potrzebujemy innych rzeczy.

Dla mnie bycie fit to rozeznanie i pojęcie – możliwość wyboru zgodnego z własnym podejściem do diety i ciała. Mam wrażenie, że dajemy sobie złe wzorce. Dajemy przyzwolenie na kompleksy, na nielubienie siebie i ciągłe, nieustające wyrzuty sumienia. A tak być nie powinno.

Ja obecnie ćwiczę 2-3 razy w tygodniu, oczywiście, że chcę tę ilość zwiększyć, bo po prostu mam swój jakiś tam cel. Nie chcę tego robić na siłę, zła i smutna, przygnębiona i rozczarowana sobą, kiedy nie znajdę czasu lub chęci na 5 trening w tygodniu. Chciałabym, żeby podejście i życie fit było dla wszystkich tym samym: luzem w treningach, radością z jedzenia zdrowszych posiłków. Bez spinki, napinki, bez kłamstw i oszustw. A z doświadczenia wiem, że można łatwo popaść w takie dziwne myślenie o sobie, że ciągle jesteśmy niewystarczająco fit, ładni, chudzi. Jakby całe nasze obecne życie było determinowane tylko modą na bycie fit. A prawdziwe podejście powinno być inne – powinno nie być odpowiedzią na modę czy trendy lub wzrost popularności influencerów fitnessowych, a krokiem do dobrego i zdrowego życia, w którym dbamy o siebie racjonalnie – nie krzywdząc swojego samopoczucia i siebie.

Jeśli jak ja jesteście obecnie w sezonie imprez i rodzinnych spotkań przeczytajcie wpis o tym, jak sobie radzić będąc jednocześnie i na diecie i na imprezie! 🙂 

Przeczytaj również

Brak komentarzy

Zostaw komentarz