FIlm, Kultura, Lifestyle

Weź się za życie czyli najlepszy film 2014 roku

1 stycznia 2015

Jakie masz marzenia? Czy faktycznie nie możesz wypowiedzieć ich na głos w obawie, że się nie spełnią? A może powinieneś pomyśleć o tym, że marzenia nie są od spełniania, nic samo się nie stanie. Świat nie ma siły sprawczej samej w sobie.

Musisz tego chcieć, coś zrobić. Podjąć decyzję, zapomnieć o kompromisie na chwilę. Przestać się zastanawiać co będzie, jeśli nie wyjdzie, jeśli to nie będzie odpowiednie.

Dla mnie wybór był zawsze prosty: zaangażować się najmocniej, pragnąć najbardziej, starać się, próbować do utraty sił. Żeby móc powiedzieć „ja zrobiłam wszystko, teraz nie mam już wpływu na to, co będzie”. Nie ma sensu tracić czasu na zastanawianie się „what if…”. Życie jest teraz. Dzieje się teraz.

Oglądałam ostatnio „Boyhood”. Film genialny, absolutnie wybitne dzieło w swojej prostocie. Oglądasz go z zapartym tchem. Płaczesz podczas rozmowy głównego bohatera ze swoim ojcem marząc skrycie o takiej samej rozmowie. O takich relacjach. O takim filmie ze swojego życia. Siedząc i oglądając „Boyhood” wiesz, że wszyscy przechodzimy przez podobne sytuacje, dajemy sobie radę w trudnych życiowych momentach, tęsknimy z tych samych powodów. Uśmiechamy się do ludzi zawierzając im bezmyślnie. Cierpimy, cieszymy się, dzielimy. Wspólnie dążymy do tego, by być kochanym, by znaleźć w swoim życiu osobę, z którą pójdziemy na spacer trzymając się za ręce. Chcemy przyjaciół, którzy przyniosą nam włoszczyznę i ugotują zupę, podczas, gdy my będziemy „zakichiwać się” na śmierć. Czasami potrzebujemy założyć dwóch różnych skarpetek, zaspać do pracy, spóźnić się na randkę, nie umalować powieki. Pocałować na dobranoc w czoło, odwrócić się plecami do ukochanego, bo wygodniej śpi się na prawym boku, plecami do niego, a nie na lewym.

Potrzeba nam się upić, pokłócić z mamą, później tego żałować. Być zbuntowanym, nieszczęśliwie zakochanym. W pewnym momencie wyprowadzić się, zacząć życie z drugim człowiekiem, albo skupić się na poznawaniu siebie. Możemy wszystko.

Lepić bałwana, rzucić się w śnieg, zrobić psikusa i młodszemu bratu kupić rózgę na święta, by później dać mu wymarzony prezent. Obciąć włosy, następnie je zapuścić. Przefarbować na czarno, zrobić niebieskie pasemka i nosić kolczyk w nosie. Mieć tatuaże na ciele, potem żałować ich zrobienia. Kupić psa, chociaż zawsze marzyło się o kocie. Wierzyć w duchy i prezenty od Mikołaja.

Wierzyć w ludzi, pożyczyć kobiecie 50zł licząc, że naprawdę zadzwoni  i nam je odda. Śmiać się później z siebie, że przecież „kto pożycza obcym 50zł?!”.

Musimy to wszystko zrobić. Przeżyć życie. Działając, podejmując trudne wybory. Zdecydować się na dziecko lub rozwód. Wprowadzić się do rodziców, bo nam nie wyszło. Rzucić studia po 4 latach, żeby zrozumieć, że w życiu chcemy czegoś innego. Należy pamiętać, że pod koniec życia to my mamy być zadowoleni, nie jakiś profesor, który zapomni, jak się nazywamy po dwóch miesiącach.

„Boyhood” przenosi nas w lata 90. Wspominamy początki Harrego Pottera, mamy Britney Spears i Pink Floyd. Zabawy na świeżym powietrzu, rozwód rodziców, bolesne uświadomienie sobie, że wszystko przemija. Rodzina jest tym, co trwa. Ludzie obok nas, tworzą nasze życie. Uzupełniają je. Tysiące rozmów, które przeprowadzamy sprawiają, że życie wygląda tak, jak wygląda.

“It’s constant, the moment — it’s like it’s always right now.” – Ellar Coltrane in Boyhood.

I o to w tym wszystkim chodzi 🙂

Przeczytaj również

Brak komentarzy

Zostaw komentarz